Recenzja horroru

Them
Tytuł oryginalny:
Ils
Reżyseria:
David Moreau, Xavier Palud
Scenariusz:
David Moreau, Xavier Palud
Obsada:
Olivia Bonamy, Michaël Cohen
Kraj:
Francja
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
78 minut






Muszę przyznać, że ostatnio rzadko się zdarza, żebym polubiła coś z najnowszych produkcji naszego ukochanego gatunku. Dzieje się tak, gdyż najnowsze horrory prześcigają się w ukazywaniu obrzydliwości i okrucieństwa, a najczęściej straszą brakiem oryginalnego pomysłu na fabułę i nudą. Z "Ils" jest inaczej. Choć scenariusz oparto na prawdziwych wydarzeniach, to dzieło obu panów reżyserów spokojnie można zaliczyć go do ulubionego przez nas, horroromaniaków, gatunku. Przyznam szczerze, że film zrobił na mnie ogromne wrażenie, potęgowane jego naprawdę skromną formą, prostym, ale za to genialnym pomysłem, który zdradza, że filmowcem trzeba się urodzić – jak ktoś ma dar, to z historii z życia wziętej zrobi naprawdę coś świetnego. No i cieszy mnie to, że jest to kolejna pozycja grozy z naszego kontynentu – Amerykanom skończyły się już pomysły, ciągną remaki i adaptują filmy japońskie, więc tym lepiej, że Francja się wyraźnie rozkręca.
Fabułę filmu można streścić w jednym zdaniu, jednak ja się trochę tu rozpiszę, nie zdradzając wszak najważniejszego ;) Pierwsza scena pokazuje nam, jak gdzieś w Rumunii, po zmroku, szosą do Bukaresztu jedzie kobieta, mająca za pasażerkę rozwydrzoną, antypatyczną córkę. Do domu mają niedaleko. Panie sprzeczają się, dochodzi do wypadku, z którego obie wychodzą cało, choć nieco poturbowane, no i w szoku. Ponieważ samochód nie chce zapalić, matka wychodzi, by pogrzebać pod maską. W pewnym momencie córka zauważa, że jej rodzicielka znikła. Wychodzi więc z samochodu, nawołując znajomym nam, Polakom "mamo";), ale nie znajduje jej – a atmosfera gęstnieje. Dziewczyna orientuje się za to, że coś właśnie ją obserwuje, więc w panice wsiada do samochodu, z którego nie wyjdzie już żywa... Następnego dnia miejsce wypadku mija po drodze Francuzka, Clémentine, nauczycielka we francuskiej szkole w Bukareszcie. Mieszka ona pod miastem wraz z partnerem, Lucasem, w zabytkowym pałacyku. Kiedy po pracowitym dniu oboje spędzają miło czas, wypełniając go rzeczami tak zwyczajnymi, jak wspólna kolacja, czy oglądanie rumuńskiej TV, coś wdziera się do ich przytulnego domu, zamieniając domowy wieczór w prawdziwy koszmar.
Prawda, że pomysł jest znajomy? Nieraz odosobnione miejsce stawało się dla bohaterów filmów grozy śmiertelną pułapką. Dotyczy to głównie fabuł slasherów, zwłaszcza tych, w których trup ściele się gęsto, a psychopatyczny i niezniszczalny zabójca wypruwa ze swoich ofiar flaki, co kamera pokazuje w pełnej krasie. Jednak tutaj jest inaczej. Ci, którzy liczą na wiadra krwi, wymyślne tortury i inne tego typu atrakcje, z pewnością się zawiodą. Film cechuje oszczędność, zarówno formalna (chłodna kolorystyka zdjęć), jak i treściowa. Bukareszt ukazany jest jako biedne, słabo rozwinięte miasto, ze złowieszczymi sylwetami budynków – pozostałości epoki Geniusza vel Słońca Karpat. Pałacyk, w którym mieszka francuska para, jest skromny. Wszystko to zostało zaplanowane celowo, by uwaga widza była skupiona wyłącznie na tym, co dzieje się z bohaterami. A dzieje się, dzieje.
Mimo całej surowości, wizualnie film jest ładny, zwłaszcza wypadki w sieci kanałów, przepięknie sfotografowanych, które stały się prawdziwie gotyckim labiryntem. Zastanawiałam się również nad tym, czy twórcy filmu oglądali "Kanał" Andrzeja Wajdy. Na tym zakończę, żeby nie zepsuć tajemnicy, znajdującej wyjaśnienie na samym końcu. Czy film ma słabe strony? Niektórzy za taką poczytają sobie dość leniwie rozkręcającą się fabułę, która potem raptownie przyspiesza, by trzymać ostre tempo do samego końca, ale, moim zdaniem, miało to swój cel. Zwyczajne, miłe chwile, spędzane przez Clémentine i Lucasa zyskują na znaczeniu po tym, jak coś raz na zawsze je odeśle w przeszłość.
Polecam gorąco ten niedługi, skromny, a trzymający w ogromnym napięciu film. Osoby, które obgryzają paznokcie, powinny zawczasu zająć czymś ręce, inaczej finał będzie krwawy ;)