Recenzja horroru

Horror WAZ

WAZ (Reguła)

Tytuł oryginalny:

WAZ

Reżyseria:

Tom Shankland

Scenariusz:

Clive Bradley

Obsada:

Stellan Skarsgård, Melissa George, Selma Blair, Ashley Walters

Kraj:

Wielka Brytania / USA

Rok produkcji:

2007

Czas trwania:

90 minut

Horror WAZ - zdjęcie 1Horror WAZ - zdjęcie 2Horror WAZ - zdjęcie 3Horror WAZ - zdjęcie 4Horror WAZ - zdjęcie 5Horror WAZ - zdjęcie 6

Nurt torture porn we współczesnym kinie to troszkę taki humbug dziennikarski. Przynajmniej jeśli literalnie rozpatrywać to określenie. Tortur i okrucieństwa na ekranie jest sporo, ale też nie pokazano nic, czego zaprawiony w krwawych bojach fan horroru dotychczas nie widział. Jeśli chodzi o pornograficzny wymiar przemocy jesteśmy bliżej prawdy – krwawe sceny są opakowane w kompletnie idiotyczne fabuły, a to o szalonym staruchu, któremu zamarzyło się uczyć innych o wartości życia ("Saw"), albo inspirowana ponoć prawdziwymi wydarzeniami (sic!) opowieść o przybytku, gdzie zamożni mordują turystów w ramach nowoczesnej rozrywki wyższej klasy średniej ("Hostel"). Choć trzeba zauważyć, że takie rozumienie pornografii jest mocno przestarzałe w świetle rozwoju filmów XXX w ostatniej dekadzie. Do współczesnych produkcji z San Fernando Valley kompletnie nie pasuje analogia z musicalem, którą ukuła kiedyś któraś z teoretyczek gatunku. Torture porn próbuje nazwać pewne zjawisko – popularności krwawego i brutalnego kina wśród publiczności masowej. I tu pełna zgoda – przeciętny popkornożerca jest atakowany w kinie takimi obrazami i na taką skalę, jaka jeszcze 10 lat temu byłaby nie do pomyślenia. Ale dla mnie głównym wyróżnikiem nurtu pozostaje miernota fabularna tych obrazów – historyjki, które wciskają nam twórcy są głupie i dęte, a dorabiane do nich ideologie wywołują pusty śmiech. Jednak jak najbardziej możliwe jest nakręcenie filmu ocierającego się o stylistykę torture porn, który zaoferuje widzowi porządnie skonstruowaną fabułę.

Dwójka detektywów Eddie Argo i Helen Wescott stara się rozwikłać zagadkę ponurych zbrodni, które wstrząsają Nowym Jorkiem. Oto w nadbrzeżu zostają znalezione zwłoki dwóch osób – Jemala, lokalnego gangstera i ciężarnej kobiety, na której brzuchu wyryto nożem słowo "WΔZ". Wkrótce odkryta zostaje kolejna para nieboszczyków, a okoliczności zgonów są równie makabryczne i ponure. W toku śledztwa policjanci trafiają na trop Jean Lerner, pracownicy laboratorium chemicznego, która wybiera swoje ofiary nieprzypadkowo. I w wymyślny sposób testuje teorię o nieistnieniu altruizmu – porywając dwie osoby, jedną z nich torturuje. Druga ofiara jest kimś bardzo drogim dla tej poddawanej kaźni, zaś jedyny sposób uniknięcia dalszych cierpień to zabicie bliskiej osoby. Zabij tego, kogo kochasz albo zgiń sam. Co powoduje Jean, że w tak okrutny sposób sprawdza prawdziwość twierdzenia z zakresu genetyki, które wymyślił jakiś jajogłowy? Kobieta była kiedyś ofiarą niezwykle brutalnego gwałtu zbiorowego i teraz nikt, kto brał w nim udział nie może czuć się bezpieczny. Ale krąg winowajców jest szerszy niż mogłoby się wydawać.

Muszę powiedzieć, że coś mnie niezmiernie fascynuje w stwierdzeniach naukowych typu "altruizm nie istnieje" czy "nie ma wolnej woli". To pożywka dla wszelkiej maści rozważań intelektualnych, radykalnego teoretyzowania, które pod znakiem zapytania stawia wyjątkowość rodzaju ludzkiego. Naukowcy wymyślają mniej lub bardziej abstrakcyjne sytuacje, które mają eksperymentalnie testować owe hipotezy. Jak widać tego typu hipotezy inspirują także twórców filmowych. Clive Bradley, scenarzysta opisywanego tutaj brutalnego obrazu noir, postanowił sprawdzić równanie George R. Price'a (które, o ile moja niezbyt szeroka wiedza o biologii ewolucyjnej pozwala mi powiedzieć, sprowadza się do tego, że uogólniając – w przypadku zachowań organizmów żywych nie można stosować pojęcia altruizmu, gdyż każde zachowanie jest warunkowane biologiczną dbałością o przetrwanie gatunku) ubierając je w opowieść o zemście i granicach naszych uwarunkowań fizycznych i społecznych. Efekt jest porażający i na długo pozostaje z widzem po tym jak przez ekran przewiną się napisy końcowe.

W "WΔZ" wszystko jest podporządkowane tej ponurej wizji homo sapiens. Od surowych zdjęć, stylizowanych na kino lat '70 (za które jest odpowiedzialny Morten Søborg, operator, którego widz miał okazję poznać za sprawą trylogii "Pusher" Nicolas Winding Refn'a) i widoku miasta w stanie rozkładu, które przywodzą na myśl takie obrazy jak "Taxi Driver" czy "Death Wish". Co ciekawe, film musiał być kręcony w Belfaście zamiast w Nowym Jorku, gdyż oprócz ograniczeń finansowych, filmowcom ciężko było znaleźć taki brud i zaniedbanie, jakie przychodzą na myśl, gdy myśli się o NYC ery Travisa Bickle i The Deuce. Wygląda na to, że Giulliani naprawdę posprzątał Wielkie Jabłko. Akcja rozgrywa się w ponurych i obskurnych pomieszczeniach, głównie nocą. A nawet jeśli akurat jest dzień to nigdzie nie widać słońca i wszystko jest jakby przybrudzone i w cieniu. Każda z postaci zaludniających ten bezduszny krajobraz nosi w sobie jakieś piętno, jakąś skazę, która nie pozwala widzieć świata w jasnych barwach. Shankland do spółki z Bradley'em starają się być ponurzy do granic. Do tego stopnia, że kiedy Eddie tłumaczy Helen swoją filozofię życiową, choć nie mam przesadnie dobrego zdania o gatunku homo sapiens, komentowałem w myślach scenę - "ej, no bez przesady, AŻ tak źle to przecież nie jest". Bo mizantropia w "WΔZ" jest przytłaczająca.

Pełnometrażowy debiut Shanklanda to film noir przefiltrowany przez estetykę horroru, zbliżający się do nurtu torture porn. Ale to co odróżnia ten obraz od knotów pokroju sequeli "Saw", groteskowych bohaterów filmów Roba Zombie czy papierowych oprawców znanych z "Hostel" to przemyślany scenariusz, który stara się osadzić ekstremalne sceny w wiarygodnym kontekście. Widza nie traktuje się jak przygłupa, któremu serwuje się stek farmazonów Jigsawa o ulepszaniu własnego życia, przez odbieranie go innym. Nie, tu mamy do czynienia z ponurą i brutalną zemstą za równie okropną zbrodnię. I choć w "WΔZ" Jean aranżuje sytuacje, które przywodzą na myśl machinacje Johna Kramera, to z brytyjskiego filmu bije ponury realizm. Twórcy nie chcą bawić widza krwawymi instalacjami – przemoc jest dosadna, brudna i nieprzyjemna, trudno przejść nad nią do porządku dziennego. Drugą cechą odróżniającą opisywany noir od dzieł spod ręki Roth'a czy Bousmanna jest świetne aktorstwo. Choć niektóre wątki są zbudowane z samych schematów – doświadczony i cyniczny glina (Eddie) i jego nieopierzona partnerka (Helen), to kunszt Stellan'a Skarsgård'a i Melissy George ożywiają te kalki, tworzą postaci z krwi i kości. A osobne i wielkie brawa należą się Selmie Blair w roli mścicielki, która jest bardzo ludzka w swoim cierpieniu i wiarygodna w chęci zemsty. Dzięki temu jej czyny są o wiele bardziej poruszające i wstrząsające niż najbardziej spektakularne wyczyny Jigsawa czy bogatych biznesmanów w słowackim hostelu.

Wydaje się, że nurt pornografii tortur powoli dokonuje żywota. Szczerze mówiąc cieszy mnie to, bo kolejne filmy, które klasyfikuje się do niego nie mają nic do zaoferowania widzowi. Nic poza coraz bardziej niedorzecznymi scenariuszami i coraz bardziej wydumanymi scenami śmierci. Ale w tej konwencji leży mimo wszystko spory potencjał, co świetnie udowadniają Shankland i Bradley. I dziewięciominutowa sekwencja tortur nie jest tylko pustą i bezmyślną rozrywką, ale pytaniem o to, czy jesteśmy w stanie przekroczyć nasze biologiczne uwarunkowania. Znęcanie się nad drugim człowiekiem staje się pytaniem filozoficznym, próbą wydarcia wraz z ostatnim krzykiem tajemnicy życia i człowieczeństwa. I choć w ostatniej scenie nad Nowym Jorkiem wreszcie świeci słońce, to wydaje się, że krwawe pytanie, które zadała widzom Jean Learner nadal pozostaje w mocy. Bo świat to naprawdę parszywe miejsce...

Ocena: 5/6

Autor: grzEGOrz